Temat tygodnia
Kto powinien zainteresować się karierą w dziale FP&A?
Partner serwisu
EY
Rozwiń
 
A Ty jakie masz plany
na jesień?
Zdobądź doświadczenie w prestiżowych konkursach dla studentów organizowanych przez EY.
Chcę się sprawdzić w wyzwaniu
na styku prawa i ekonomii.
Chcę wejść do świata wielkich transakcji.
KarierawFinansach.pl jest patronem medialnym obu konkursów.
 
A Ty jakie masz plany
na jesień?
Zdobądź doświadczenie w prestiżowych konkursach dla studentów organizowanych przez EY.
Chcę się sprawdzić w wyzwaniu
na styku prawa i ekonomii.
Chcę wejść do świata wielkich transakcji.
KarierawFinansach.pl jest patronem medialnym obu konkursów.
Trwa ładowanie. Prosimy o chwilę cierpliwości.

Ciszej nad tym frankiem

"Propozycje specjalnego potraktowania zadłużonych we franku wydają się nie brać pod uwagę negatywnych skutków dla moralności kredytowej klientów. Jeśli ulżymy «frankowiczom», następni w kolejce będą klienci hipoteczni «złotowi», których dotknie nieuchronna podwyżka stóp procentowych" – pisze w swoim komentarzu dr Mirosław A. Bieszki, Doradca Ekonomiczny KPF.
Akcja redakcyjna: Okiem eksperta
Kategoria: Wiadomości
10.02.2015

Mam w pewnym sensie osobisty udział w tworzeniu "polskiej historii franka". Mało kto wie, że franka szwajcarskiego wprowadził do Polski Bank Austria Creditanstalt, w którego Zarządzie  zasiadałem wówczas na długo przed boomem kredytów hipotecznych. Zatem mam niejako moralne prawo do  oceny obecności franka. To nie w decyzjach SNB (Swiss National Bank – przyp. red.) należy szukać źródła obecnych problemów "frankowiczów", ale w sytuacji Polski – postrzeganiu przez inwestorów stabilności i przewidywalności polityki. Czy dominuje doraźność (ciepła woda w kranie) czy przemyślana i konsekwentnie realizowana strategia? Wszystko w połączeniu z twardą ekonomią przekłada się na wartość złotówki, decydującej o wysokości raty kredytowej. Dlatego jakiekolwiek rozwiązania ukierunkowane na "danie oddechu frankowiczom" są tworzeniem iluzji rozwiązania ich problemu. Ponadto z wypowiedzi nie tylko polityków, ale i osób reprezentujących nadzór wynika, że formułując propozycje rozwiązań nie biorą one pod uwagę możliwości przystąpienia Polski do strefy euro.

W polityce kredytowej banku musi być obecne pojęcie moralności kredytowej jego dłużników. Jeśli bank będzie zakładał, że moralność spłaty będzie erodowała, wówczas powinien zaostrzać kryteria udzielania kredytów, dostosowywać marże. Propozycje specjalnego potraktowania zadłużonych we franku wydają się nie brać pod uwagę negatywnych skutków dla moralności kredytowej klientów. Jeśli ulżymy "frankowiczom", następni w kolejce będą klienci hipoteczni "złotowi", których dotknie nieuchronna podwyżka stóp procentowych.

Szok, wywołany przez w pełni racjonalną i uzasadnioną decyzję SNB z 15 stycznia, mógł tylko do pewnego stopnia uzasadniać pełne emocji, nie do końca przemyślane opinie i formułowane ad hoc propozycje. Wyjaśnienie przyczyn, dla których zapadła decyzja o zerwaniu kotwicy 1,20 i uwolnienia kursu franka (CHF), zasługuje na odrębny tekst, dlatego tu ograniczymy się tylko do kilku stwierdzeń.

Aby zrozumieć dlaczego podjęto decyzję o uwolnieniu kursu franka, trzeba wyjaśnić powody, dla których SNB zaryzykował swoją reputację wiarygodnego partnera dla rynków i szefów innych banków centralnych. W tym miejscu przypomnijmy wypowiedź szefa SNB z 18 grudnia, zapewniającą o kontynuacji polityki sztywnego kursu CHF wobec euro. Uspokoiła ona rynki, że negatywny wynik szwajcarskiego referendum w sprawie utrzymywania rezerw walutowych w złocie,  nie będzie oznaczał odejścia od polityki walutowej rozpoczętej we wrześniu 2011 roku. Uzasadnieniem dla sztywnej polityki kursowej było uniknięcie niekontrolowanej rewaloryzacji CHF, która poprzez wpływ na eksport, repatriacje zysków oraz import deflacji negatywnie wpłynęłaby na realną gospodarkę. Wydawało się, że Szwajcarzy będą hojni dla rynków i dobrotliwi dla kredytobiorców hipotecznych z Polski czy Węgier. Gwoli ścisłości należy podkreślić, że "niepapierowe" straty poniosły fundusze hedgingowe, finansujący carry trade frankiem szwajcarskim. Larum podniesione przez "obrońców ludu frankowego" w Polsce powinno zastanawiać…

Bank Austria Creditanstalt wprowadził franka do Polski jako alternatywę wobec drogiego kredytu złotowego pod koniec lat 90. Były to głównie kredyty detaliczne, a sporadycznie hipoteczne. Co istotne, klienci BACA należeli do segmentu, dziś określanego mianem "premium". Ich decyzja o wyborze waluty kredytu podyktowana była nie polityką kredytową banku, a porównaniem kosztów obsługi kredytu w złotym na poziomie 27 proc., a udzielonym we franku, tańszym o połowę. Inne banki oferowały kredyty w dolarach (USD). Decyzja BACA o udzielaniu kredytu we frankach (CHF), a nie dolarach (USD) wynikała z analizy tzw. volatility obu walut oraz łatwości dostępu do linii frankowych na rynku międzybankowym. Frank był waluta stabilną o znacznie mniejszej amplitudzie wahań kursowych niż dolar amerykański. Taka jest geneza obecności kredytu frankowego w Polsce.

Kolejny etap zbiega się z ekspansją bankowości detalicznej i pojawieniem się nowych produktów np. kredytu samochodowego i przypada na początek XXI wieku. Drogi kredyt złotowy i boom na rynku sprzedaży samochodów powoduje, że pojawia się – nomen omen – "Kredyt 2000", dystrybuowany przez PTF. Portfel kredytowy we franku finansowany był w głównej mierze przez Millenium Bank. W latach 2001–2003 niemal dwie trzecie samochodów kupowanych na kredyt finansowane były kredytem frankowym. Paradoksalnie, to frank szwajcarski budował rynek samochodów osobowych w Polsce i powodował ,że kredyt wędrował "pod strzechy".

Banki, które istnieją do dziś lub zostały przejęte przez inwestorów zagranicznych, nie osiągnęłyby masy krytycznej bilansu, jeśli nie oferowałyby kredytu walutowego.

Oswojenie Polaków z rynkiem bankowości detalicznej i frankiem otworzyło drogę do kolejnego etapu – kredytu hipotecznego w tej walucie. Dynamika budowy portfeli kredytów hipotecznych biła wszelkie rekordy. Napędzała ją sytuacja na rynku pasywów w złotych, łatwość dostępu do finansowania na międzynarodowym rynku międzybankowym, którą mieli zagraniczni właściciele banków w Polsce, oraz polityka kredytowa dotycząca kredytów w złotych, wynikająca również z zaleceń nadzorczych. Bank, nieposiadający oferty hipotecznej we franku (CHF), nie liczył się na rynku hipotecznym. Tu dochodzimy do sedna problemu, a mianowicie różnicy między kredytami detalicznymi i samochodowymi a hipotecznym. W grę wchodzą różnice w wartości i okresy na jakie udzielane są kredyty detaliczne i hipoteczne. Innymi słowy, skutki wahań kursowych mają inny ciężar gatunkowy i dotykają najważniejszego dla gospodarstw domowych aktywa, czyli nieruchomości. Stąd nadzór bankowy zaczął baczniej przyglądać się sytuacji i wydawać rekomendacje mające na celu wyhamowanie tempa dynamiki budowania "frankowych" kredytów.

Dyskusja działaniach nadzorczych nie tworzy wartości dodanej, a jedynie zachęca do rozwiązań opartych na pozornym podziale odpowiedzialności i rozłożeniu ciężaru kosztu szokowej aprecjacji franka (CHF). Takie podejście otwiera pole do przetargów i wzajemnego obwiniania się.

Jednak bez wątpienia zabrakło edukacji finansowej i wiedzy, że kredyt walutowy należy zaciągać mając na uwadze relacje między siłą waluty krajowej i zagranicznej. W tym przypadku trzeba bardzo bacznie analizować relacje między wahaniami kursowymi a zmianami w wysokości stóp procentowych. Ciężar wzrostu obciążenia spłatą rat kredytów w CHF przez długi okres był znacznie niższy od skali deprecjacji złotego ze względu na różnice w wysokości stóp procentowych. Różnica w stopach procentowych złotego i franka szwajcarskiego amortyzowała koszty kursowe. Oczywiście, mamy tu na uwadze porównanie do kosztów kredytu hipotecznego w złotych. Kredyt jest zobowiązaniem rozłożonym w czasie, wobec tego kredyt walutowy należało zaciągać wówczas, gdy złotówka była słaba, a różnica w stopach procentowych duża. Jak w każdej grze rynkowej, gdy wartość rośnie, to najbardziej prawdopodobnym jest spadek, nie zaś kontynuacja wzrostu ad infinitum. Biorąc to pod uwagę, zamknięcie dostępu do kredytów walutowych, kiedy złoty się osłabiał, było wbrew logice gry rynkowej.

W komunikacie oficjalnym SNB wskazał na narastającą deprecjację euro wobec dolara, co poprzez kursy krzyżowe sytuowało kurs franka (CHF) na nierealistycznym poziomie w odniesieniu do realiów gospodarczych. Pomimo skierowania uwagi na gospodarkę realną główna przyczyna "uwolnienia franka" leży, mimo wszystko, w napływie strumieni kapitałowych jako efektu niepewności związanej z Rosją i Grecją. Szwajcarskie rezerwy walutowe w relacji do PKB są trzykrotnie wyższe od tych, które ma FED w USA czy Bank of England w Wielkiej Brytanii. Jednak napływające i spodziewane strumienie kapitałowe powodowały ciągły ich wzrost. Konieczne zatem stało się wywołanie "trzęsienia ziemi" i ucieczka od statusu "bezpiecznej przystani". Sposób, w jaki to przeprowadzono, zasługuje nie na krytykę, ale uznanie, ponieważ udało się uniknąć ryzyka chaosu związanego z aprecjacją franka w obliczu nadchodzącego "luzowania ilościowego" Europejskiego Banku Centralnego. A że SNB swoją decyzją stworzył problem dla nadzoru polskiego czy węgierskiego…? Cóż, taka jest cena, którą trzeba zapłacić, gdy nie ma innego rozwiązania poza szokowym. Zaletą takiego rozwiązania jest w szybkie dochodzenie rynku do kursu mieszczącego się w krzywej rozkładu normalnego.

Mając tak zarysowaną perspektywę patrzenia na problem "frankowiczów", można merytorycznie odnieść się do propozycji, zaprezentowanej ostatnio przez Przewodniczącego KNF. Krótka dygresja… Otóż podobna do Polski sytuacja miała miejsce w Hiszpanii w czasie kryzysu pesety. Wówczas walutą kredytu stał się jen i banki (w tym obecny w Polsce Banco Santander) stanęły w obliczu problemu. Wskazywano wówczas na ryzyko reputacyjne banków udzielających "kredytów jenowych" – ryzyko, którym musi zarządzać podmiot, będąc na nie narażonym, a nie sam nadzór bankowy. Może warto sięgnąć do doświadczeń z tego okresu w Hiszpanii tym bardziej, że w Banco Santander są ci, którzy ten okres dobrze pamiętają.

Propozycja Przewodniczącego KNF opiera się na mechanicznym  i statycznym wyliczeniu kosztu zmiany kursu walutowego. Stąd przewalutowanie po kursie średnim NBP i podział wyliczonej wartości na dwa kredyty – hipoteczny, którego wartość do spłaty wyliczona zostałaby po kursie historycznym i nadal zabezpieczony hipoteką. Drugi kredyt (koszt deprecjacji złotego) byłby niezabezpieczony, oprocentowany na 1 proc. do końca okresu spłaty oraz umarzany w proporcji 50/50. Przy takiej konstrukcji najwięcej korzyści osiąga "frankowicz", zakładając trwałą deprecjację złotówki. Wobec tego przewalutowanie na dzień "x" powinno nastąpić przy bardzo słabej złotówce. Co w sytuacji, gdy po operacji przewalutowania kurs franka (CHF) będzie słabł lub – ponieważ mówimy o perspektywie długiego okresu – Polska w końcu przystąpi do strefy euro? Zakładam, że beneficjent tej propozycji jednocześnie zrzekałby się roszczeń odszkodowawczych w przyszłości.

Jak mówił w swoim uzasadnieniu Andrzej Jakubiak, głównie chodzi o eliminację ryzyka systemowego (cytując: "To zaczyna generować ryzyko o charakterze systemowym. Mamy do czynienia ze skokowym wzrostem zobowiązań niezależnych od kredytobiorców ,a ze strony banków mamy do czynienia ze skokowym wzrostem kapitałów, co przekłada się na spadek wartości wskaźników adekwatności kapitałowej"). Problem w tym, że to ryzyko systemowe istniało od dawna. W przeciwnym razie, kolejne wydawane rekomendacje odnośnie LTV czy stosowania zasady "waluta kredytu musi być walutą w której klient osiąga dochody", nie miałyby uzasadnienia. Jeśli dobrze odczytać sens przytoczonej wypowiedzi, to nagła aprecjacja franka (CHF) dała pretekst do rozwiązania problemu metodą "raz na zawsze". Może to i słuszne, ale czy wtedy konieczna jest retoryka uciekająca się do argumentów "pomocy dla frankowiczów"?

Dr Mirosław A. Bieszki, Doradca Ekonomiczny Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych

Absolwent Uniwersytetu Gdańskiego. W 1986 stażysta w Komisji Europejskiej, w 1987 otrzymał stypendium badawcze Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Swoją karierę bankowości rozwijał w Bank Austria Creditanstalt, później jako prezes GMAC Polska oraz prezes Santander Consumer Bank. Dziś niezależny konsultant; publikował komentarze dla www.obserwatorfinansowy.pl (NBP), przygotowywał ekspertyzy dla Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, publikował komentarze w "Forbes" oraz jako ekspert komentował w CNBC Business, Doradca Ekonomiczny KPF.

Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

Związek Pracodawców powstała 27 października 1999 roku i obecnie skupia ponad 80 kluczowych przedsiębiorstw z rynku finansowego w Polsce, w tym banki, doradców i pośredników finansowych, przedsiębiorstwa pożyczkowe, zarządzające informacją gospodarczą, wierzytelnościami, sprzedające produkty tzw. odwróconej hipoteki oraz przedsiębiorstwa z branży ubezpieczeniowej. KPF posiada bogaty dorobek samorządowy jako partner społeczny w procesie legislacyjnym polskim i europejskim. KPF to Członek Rady Rozwoju Rynku Finansowego, powołanej do życia przez Ministra Finansów Rzeczpospolitej Polskiej oraz Członek EUROFINAS – European Federation of Finance House Associations, zrzeszającej siedemnaście organizacji z krajów europejskich, reprezentujących bardzo poważną część europejskiego rynku kredytowego i ponad 1200 instytucji finansowych. KPF ma w swoim dorobku badawczym kilkadziesiąt raportów, koncentrując się merytorycznie na obszarze kredytu.

Zobacz również